Kocia pani przywita nas odpowiednio dużą
dawkę horroru (w odpowiednio psychodelicznym wydaniu) oraz tajemnicy. O co
właściwie chodzi?
KATEGORIA: PC
PRODUCENT: Harvester Games
PRZEDBIEGI
"The Cat Lady" to przygodówka w,
jak się wydaje, najbardziej prymitywnej wersji. Poruszamy się z lewa na prawo
po pokojach reagując na odpowiednio pojawiające się na ekranie "points of
interest" (dla mniej angielskich - miejsca interesujące naszą bohaterkę).
Wydaje mi się, że sposób interakcji z otoczeniem to chyba jedyna sztampowa rzecz,
jaką w tej grze zobaczymy.
PIERWSZE
KROKI
Wszystko
zaczyna się od próby samobójczej. Nasza bohaterka, która na własne życzenie
odizolowała się od społeczeństwa i borykająca się z olbrzymią depresją
postanawia się zabić. Spora dawka tabletek i kot, który wpatrywał się w śmierć
swojej właścicielki. Tutaj już łatwo zrozumieć, że "The Cat Lady" nie
jest grą o pozytywnym wydźwięku. Smutek jest odczuwalny nie tylko w tym, co
mówi nasza bohaterka, ale też w grafice i muzyce. Generalnie nie polecam osobom
o zbyt mocno rozwiniętej empatii.
Śmierć Susan
Ashworth jest jednak jedynie początkiem opowieści. Tutaj drobna dygresja.
Większość tego, co dzieje się na ekranie może wydawać się za losowe miejsca,
które nijak do siebie nie pasują i dla kogoś, kto czyta tą recenzję mogą
wydawać się absurdalne. Jest jednak inaczej. Im mocniej zagłębimy się w
"The Cat Lady" tym więcej elementów wydaje nam się dziwnie hmm...
oczywiste? normalne? Trudno jest to zrozumieć bez zagrania, ale uwierzcie mi,
że pomimo tego jak nienormalne się coś wydaje na "screen'ach" to
podczas samego grania nie będzie to w żaden sposób odpychać was od tej
"pozycji". Dajcie się ponieść grze i poznacie jej prawdziwe piękno.
Wracając... Susan budzi się tuż po śmierci w innym świecie, który odbiega od
naszego pojmowania przestrzeni (przejście w lewo a później w prawo wcale nie
oznacza, że wrócimy do początku). Tam też poznajemy pewną staruszkę, która
tłumaczy nam to i owo o naszym stanie i naszej śmierci. Na koniec jednak
oferuje nam powrót do życia. Teraz pewnie zastanawiacie się, po co osoba, która
przed chwilą popełniła samobójstwo miałaby chcieć od tak, nagle chcieć wrócić?
Po rozmowie ze staruszką (która jest śmiercią, bogiem, diabłem i wszystkim innym,
czym według nas mogłaby być) chęć do życia powraca, zwłaszcza, że oferuje nam
szczęście i dobrobyt po reinkarnacji. Jest jednak mały haczyk. Są "Ci źli”,
których dusze mamy pozyskać dla staruszki (w skrócie - zabij złych, a w zamian
szczęście w naszym nowym życiu). No to, komu w drogę temu... dziwne
przerażające koty.
DWANAŚCIE
CIOSÓW NOŻEM
Długo
zastanawiałem się jak napisać o dalszej fabule bez niszczenia całej przygody,
którą jest "The Cat Lady". Doszedłem do wniosku, że nie ma sensu
rozpisywać się tutaj na temat fabuły, choć jest ona główną zaletą tej gry.
Pomówmy o innych rzeczach.
Nie dajcie się
zmylić tym, że to gra przygodowa. Fakt, nie da się tutaj umrzeć i oglądać
irytujące "GAME OVER", ale nie znaczy to, że nie poczujemy strachu,
kiedy ktoś przyczai się na nas z nożem. Podróż Susan w jej drugim życiu nie
jest czymś, co znamy z topowych produkcji. Nie ratuje ona świata, nie niszczy
zła grożącemu słabszym. Filozofia jest dość prosta - zabij lub zabiją Ciebie.
Może nie jest to ładne, ale takie jest życie. Nasi wrogowie to nie przesiąknięte
niegodziwością i złem istoty. Tutaj zdarza się także, że zawahamy się. Uznamy,
że nasza ofiara nie powinna zginąć, zaufamy jej i wtedy jak gdyby nigdy nic
otrzymamy cios w brzuch... tak, od tego, któremu zaufaliśmy, a potem jeszcze
parę dodatkowych w nasze nieruchome ciało "dla pewności".
"The Cat
Lady" jest grą brutalną, ale nie w takim samym sensie jak filmy wywodzące
się z Hollywood. Tutaj przemoc, choć częsta, nie jest bezsensowna. Głupi
wystrzał z broni, czy też cios nożem, o którym tak często mówię nie jest od
kolejnym objawem przemocy w grach. Poczułem każdy wystrzał, cios, a nawet
urwanie ręki. Brutalność tej gry nie jest jej treścią, a jedynie formą
przekazu. Poraża jak chyba w żadnej grze (a uwierzcie, że gram w wiele).
MUZFIKA I
GRAZYKA
Twór Harvest
Games dla typowego "zjadacza" gier może wyglądać średnio, a wręcz
słabo. Szczerze miałem podobne odczucia, kiedy grałem po raz pierwszy. Nijakie,
często "rozpixlowane" postacie nie zachęcają, ale też dodają pewnego
uroku. Często monochromatyczne wizje rzeczywistości podobnie - nie są
najładniejsze, ale pomagają klimatowi. Jednak wydaje mi się, że gdyby postarano
się bardziej w tej kwestii to nie zaszkodziłoby to tej produkcji - muszę ponarzekać,
ok?!
Muzyka
natomiast to zupełnie inny świat. Podczas ogólnej rozgrywki towarzyszą nam
melodie napędzające ten surrealistyczny widok na naszym ekranie. Jednak, jeżeli
chodzi o momenty kluczowe dla fabuły, to tutaj mózg eksploduje z dawki dobrej,
idealnie dopasowanej i na ile mogę stwierdzić to specjalnie nagranej muzyki (z
wokalami dla ciekawych). Majstersztyk!
Pomijając już
całą oprawę graficzną to bardzo mocno irytują mnie dwie rzeczy w tej grze.
Pierwsza to coś, co nazwałem "przypadkowym rozwiązaniem zagadki".
Zdarza się (może nie za często, ale jednak), że zrobimy coś zupełnie przypadkiem,
co rozwiązuje dany problem, z którym zderzyła się Susan. Wtedy zatrzymujemy się
na chwilę i staramy pojąć, po co właściwie dało się to zrobić... psuje to cała
immersję w grę i w pewnym sensie znacznie ułatwia grę. Druga rzecz to długość
gry. Tutaj poleci w moją stronę tsunami "hejtu", ale gra zajęła mi w sumie
jakieś 5-6 godzin. Tak, rozumiem, że jest to tytuł indie i nie powinienem
oceniać tego pod względem gier topowych, które przechodzi się w 15+ godzin, ale
jednak "The Cat Lady" nie brakuje dużo do osiągnięcia tego poziomu.
Grę polecam, ale jestem prawie pewny, że nie każdemu przypadnie do gustu.


